efektywność

Rzecz o efektywności: pędzący pociąg i drewienka w ognisku

Co można jeszcze napisać o zarządzaniu czasem i efektywności? Ja widzę dwa główne podejścia: ciśniemy na maksa i rozpisujemy cele na najbliższy czas, nie tracąc ich z horyzontu, a drugi – słuchamy siebie i nie bijemy się z tym, co wewnątrz nas. To nie oznacza, że nic nie robimy, ale tempo zadań dostosujemy do swojej energii. No i teraz: co wybrać i co może się sprawdzić? 

 

Nigdy nie byłam ekspertem od efektywności. I ten tekst też nie będzie wymądrzaniem się, lecz próbą znalezienia leku na prokrastynację i lepsze organizowanie czasu pracy i dnia. No i podzieleniem się moimi inspiracjami 😉

Efektywność to wyzwanie nie tylko freelancerki, ale tak naprawdę każdej i każdego z nas, bo wszyscy pełnimy jakieś role, a życie wciąż płynie. Jesteśmy uczennicami, studentkami, pracowniczkami, matkami, babciami, córkami, przynależymy do jakiejś grupy itp. Mamy lepsze i gorsze dni, ale planowanie dnia towarzyszy nam zawsze i jakoś trzeba sobie z tym poradzić 😉 Lepiej zrobić to tak, żeby pod koniec dnia nie mieć wyrzutów sumienia, a dreszczyk emocji, że coś nam się udało, prawda?

 

księżyc

Sprinterka czy slow liferka?

Wielu coachów i innych ludzi sukcesu podaje receptę: “Chcesz coś osiągnąć, to po prostu rano wstawaj i rób to aż do wieczora”, “pracuj ciężej niż inni”, “jeśli ja to zrobiłam, to Ty też to zrobisz” itp. Jest w tym wiele prawdy, ale problem w tym, że nie da się żyć ciągle na 200%. Im więcej robisz, tym ciągle Ci się wydaje, że w zasadzie da się jeszcze więcej. Pojawiają się wyrzuty sumienia, że przecież w tym czasie ktoś to może zrobić lepiej niż Ty, więc … ciśniesz. Starasz się sztucznie przedłużyć dobę. Przenosi się to na inne obszary. Zaczynasz uprawiać sport. Najlepiej od razu siłownia, biegi, crossfit, żeby szybko zrobić formę. Słyszysz przecież, że dobra forma to też dobra praca mózgu. W takim stanie organizmu jest prawie pewne, że coś nie pyknie. A to kontuzja, a to zaspałaś do pracy, nie dokończyłaś projektu, trudno się skoncentrować. Prawda jest taka, że organizm jest po prostu zmęczony i w ten sposób daje Ci znać. Ciało woła o pomoc na przeróżne sposoby. No, ale patrzysz na tych coachów i dalej wieje od nich charyzmą jak od Ala Pacino w “Zapachu kobiety”. Z Tobą coś nie tak, czy co? Ehhh.

Tak to jest, gdy do głosu doszło ego, a dusza poszła spać 😉 Starasz się na siłę spełnić nie tylko swoje oczekiwania, ale przede wszystkim innych. Tak można żyć przez wiele lat, a nawet całe życie, tylko czy o to chodzi? W takim stanie ducha raczej nie poczujesz się spełniona, bo nie masz spokoju w sobie. Albo masz to spełnienie na chwilę, prawda?

 

Ego i dusza na trampolinie

To wtedy następują wszystkie zwroty ku naturze, weryfikują się wszelkie przekonania, znajomości, budzi się świadomość, czucie ciała. Wtedy zaczynasz dostrzegać, że sęk nie leży w tym, żeby stawać w wyścigach z innymi, tylko iść własną drogą. Rozmawiać, inspirować się, ale starać się robić to, w czym Ty czujesz się dobrze, co Ciebie nakręca i przynosi sukces. Nie musi to oczywiście przypominać historii z serii: rzucam wszystko i jadę w Bieszczady albo na biegun północny (choć znam osoby, którym to się udało i są szczęśliwe, a przy tym bardzo ogarnięte 😉

Dobrze jest dostrzec swój “wewnętrzny” cel oraz to, co pomoże Ci do niego dotrzeć i jednocześnie przeszkodzi. Taki rachunek sumienia. Można to zrobić samodzielnie, spisać to wszystko na kartce albo udać się właśnie do dobrego coacha 🙂 Na ogół tak naprawdę wiemy, czego chcemy. Moim zdaniem zawsze jest rozwiązanie i nie zawsze musi nim być własny biznes czy szalona podróż, choć bardzo proponuję zwariowaną podróż do wnętrza siebie 🙂

 

Co ma wspólnego produktywność z emocjami?

No dobra, ale co z tą organizacją czasu? Załóżmy, że wiemy, czego chcemy i co już mamy. Dla mnie efektywna praca to uporządkowanie emocji. Odkryłam, że to właśnie czynnik, który mnie blokuje, a konkretniej: tysiące myśli zaprzątających głowę i nieadekwatne sposoby reakcji na różne sytuacje. Na co dzień jesteśmy mocno “przebodźcowani”, a tempo życia jest coraz szybsze. W dodatku czasem za bardzo błądzimy w fałszywe przekonania, które są błędną interpretacją rzeczywistości. Prościej mówiąc: czasami doszukujemy się w jakichś sytuacjach lub ludziach ukrytych intencji, naruszenia jakiegoś porządku itp. O ile prościej byłoby, gdyby ludzie mieli do siebie i innych więcej zaufania, prawda? 😉

Zauważyłam, że często właśnie takie rzeczy powodują, że napisanie tekstu trwa dłużej, a telefon do klienta odkłada się “na potem”. Bo jak zadzwonię teraz, to on pomyśli to i to, że za późno, że za wcześnie, że nie taki ton głosu, że się nie zgodzi. Umysł podpowiada nam cały czas różne negatywne rzeczy, jest takim chochlikiem. No i podejmuję decyzję: czy ja przeżyję życie na podstawie podpowiedzi psotnego chochlika czy raczej odważnie i z pasją? 😉

 

Wysiądź z pędzącego pociągu

Naprawdę polecam medytację, która pozwala zatrzymać się, “przyłapać” myśli i nie przywiązywać się do nich. Uwaga koncentruje się na ciele, dźwiękach z otoczenia i to właśnie sprawia, że wysiadamy z tego pędzącego pociągu, robimy swoje i nie potrzebujemy już boksowania się z rzeczywistością. Medytacja to tylko część procesu, gorąco polecam poranną praktykę. U mnie jest to joga, medytacja, oddech, mantra i mudry. I słuchanie intuicji, która jest bardzo kobieca. Nie wspominając o zdrowym odżywianiu, to dla mnie podstawa.

Gdy problemy są poważniejsze i wykraczają poza efektywność, a znacząco obniżają jakość życia, kluczowa jest terapia. Dzięki niej nie tylko wychwycisz swoje fałszywe przekonania, ale także pomoże Ci je “naprawić”. Ja jestem zwolenniczką pracy nad ciałem i duchem – myślę, że nawet gdy naprawimy “głowę”, do głosu dojdzie ciało, w którym automatycznie zapisują się emocje. Jak to działa, można zaobserwować u siebie na przykład na jodze i innych metodach pracy z ciałem 😉

 

Lifehacki na efektywność

Nie da się uciec od dyscypliny. Pocieszające jest to, że po dokonaniu wglądu w siebie i puszczeniu napięć, pewne rzeczy przychodzą same. Zdecydowanie ten system najbardziej działa, gdy nie biorę wszystkiego “na głowę”, tzn. nie mówię, że muszę zrobić to i to, tylko patrzę, czy to rezonuje ze mną oraz w znaczeniu dosłownym: po prostu staram się nie podejmować zbyt wielu obowiązków naraz. Wtedy poranna dyscyplina (lub wieczorna) staje się czymś naturalnym i pojawia się energia, jasność myślenia i radość. Mam poczucie łączności ze światem, przyrodą i zwierzętami, wdzięczność, a podszepty ego są dużo łatwiejsze do wychwycenia. Uspokajają się zmysły i zaczynamy działać w ciszy.

Co ciekawe, znika mit wielozadaniowości. Testowałam przez dłuższy czas różne sposoby pracy i wyszło mi, że jednak najbardziej efektywna jestem, gdy robię tylko jedną rzecz w danej chwili. Wtedy też wyłączam wszystkie social media i jakoś płynie. Tak naprawdę efektywność łączy się z wewnętrzną motywacją, czy inaczej: wewnętrzną iskrą, a nawet ogniem 🙂 Ten ogień nie będzie jednak płonął sam z siebie, trzeba cały czas dorzucać drewienka, czyli codziennie dbać o swoje pozytywne wibracje.

A czy Wy dorzucacie “drewienka” do swojego ogniska? Jak to robicie? Kadzidełka, higiena snu, pasja, a może coś jeszcze? Podzielcie się ze mną 🙂