Recenzja książki Dietoland

Gdy ofiara staje się katem. Recenzja książki: “Dietoland” Sarai Walker

Czy nieśmiała dziewczyna może stać się niczym Aleksandra Piłsudska*, która chodziła z dynamitem pod spódnicą? Plum Kettle (właściwie Alicia Kettle) to trzydziestoletnia asystentka w redakcji znanego pisma dla nastolatek. Kobieta marzy o karierze dziennikarki, ale póki co, prowadzi korespondencję z czytelniczkami pisma, wcielając się w rolę swojej szefowej. Plum nie może zaakceptować swojej nadwagi, dlatego decyduje się na operację zmniejszenia żołądka. Chęć zrzucenia zbędnych kilogramów staje się jej obsesją: uważa, że tylko w szczupłej postaci ma prawo istnieć. Wcześniej jest etap przejściowy pt. “Plum” (!).  Która z nich wygra: Plum czy Alicia? Zapraszam do przeczytania recenzji książki.

 

You can`t judge a book by the cover (Nie oceniaj książki po okładce) – chce się powiedzieć, patrząc na okładkę “Dietoland”. Na pewno nie jest to przesłodzona, amerykańska powieść o cudownie zachodzącej zmianie Plum (na lepsze, oczywiście). Atmosferę książki lepiej oddałaby okładka przedstawiająca kobiece postaci rodem z filmów Tarantino, np. “Kill Bill”, choć momentami powieść ucieka w klimat “Xeny, wojowniczej księżniczki” 🙂   

 

W ”Dietoland” znajdziemy wiele ważnych tematów: kobiecość, samoocena, komunikaty płynące z mediów, nierówności płciowe, zdrowie psychiczne, relacje z koleżankami, próby relacji miłosnych, relacja matka-córka, terroryzm itp. Trzeba przyznać, że książka jest nierówna, tzn. pierwsza część jest napisana spójnie, lekko i interesująco, ale w drugiej zaczynają się zgrzyty. Plum to przykład bohaterki, która zmaga się z otyłością. Próbowała już wszystkiego, w tym diety Baptist. Autorka tej diety stworzyła cały program odchudzania – bardzo restrykcyjny, wręcz sekciarski i sadystyczny. Efektów jednak nie było – Plum dalej ważyła około 130 kg. Otyłość wzmocniła niską samoocenę bohaterki i odizolowała od otoczenia. Te fragmenty książki są bardzo autentyczne i dobrze wpisują się w klimat panującego kultu ciała. Szczególnie zrozumieją to kobiety w Polsce, ponieważ zgodnie z badaniami, u polskich nastolatek występuje najwyższy w Europie odsetek braku akceptacji siebie. W kobietach ciągle widzi się najpierw ciało, dopiero potem umysł i duszę. I to właśnie kobiety, niezależnie od wieku, są poddawane silnej presji otoczenia.

 

Kobieta znaczy więcej niż ciało

 

Jeden z moich ulubionych wątków w książce to ten związany ze śledzeniem Plum przez Leetę. Plum dostaje książkę: “Przygody w krainie diet”, która jest zaproszeniem do pewnego wyzwania. Kobieta znajduje w sobie odwagę i robi coś niezgodnego z prawem. To niepostrzeżenie doprowadza ją do Vereny Baptist, naczelnej feministki i terapeutki, córki guru Baptist, która prowadzi Nowy Program Baptist. Kobieta chce uratować ofiary sekciarskiego programu matki. Wybiera Plum i … terapeutyzuje ją oraz oferuje pieniądze za wykonanie kilku zadań. Chce odwieść ją od decyzji operacji zmniejszenia żołądka i sprawić, by zaakceptowała siebie taką, jaka jest. Ta część książki jest według mnie najlepsza – autorka dociera do istoty poczucia własnej wartości Plum, zrzucając poszczególne warstwy jej ochronnego kokonu. Czytelnicy mogą oglądać z bliska, co tak naprawdę siedzi w Plum (a może w każdej z nas?), i co domaga się uwolnienia.

 

Zemsta nie jest słodka

 

W pewnym momencie następuje załamanie rytmu książki – herstoria Plum przestaje być interesująca. Czytelnik coraz bardziej wciąga się w wątek “Jennifer”, kobiecego gangu, który wymierza sprawiedliwość patriarchalnemu systemowi. Pomysł jest świetny, tylko gorzej z wykonaniem. Tutaj właśnie można zaobserwować odwołanie do “Fight Clubu” – bicie mężczyzn, groźby, wandalizm, a nawet morderstwa. Gang mści się m. in. za gwałt na jednej z nastolatek, a w sprawę zaangażowana jest jedna z ważniejszych bohaterek książki… Potem obrywa się każdemu facetowi, który ośmieli się powiedzieć lub zrobić coś seksistowskiego.

 

Tutaj tkwi duży dysonans. Autorka książki wymierza karę wszystkim mężczyznom, którą znamy z kodeksu Hammurabiego: oko za oko, ząb za ząb. Patrarchat zostaje zastąpiony skrajnym matriarchatem, czyli opresja zostaje zamieniona na kolejna opresję i destrukcję… Tymczasem moc kobiety to moc destrukcji, ale i kreacji. Czuć, że feminizm z książki “Dietoland” zawędrował w niebezpieczne rejony, które w dłuższej perspektywie się nie sprawdzają. Czy da się wprowadzić zmianę systemową na ulicy, tzn. za pomocą gróźb, przemocy? Może wyjdę tutaj na hipokrytkę albo tchórza, ale wydaje mi się, że zmiana systemowa na lepsze to połączenie protestów (ale nie destrukcji) i zadbanie o własne “poletko”, własny system wartości, granice, wyrażanie siebie, umysł, ciało i duszę. Czyli zmiana mikro i makro.

 

Nie musisz być “ruchalna”, żeby istnieć

 

Trwała zmiana nie bierze się z agresji. Owszem, trzonem ruchu sufrażystek jest bunt i działanie siłą, bo tylko tak wtedy można było coś zdziałać w świecie, w którym kobiety nie miały żadnych praw. Pewnie łatwo mi to mówić, bo żyję w takim momencie, że o podstawowe prawa nie muszę się rozpychać, choć… nigdy nie mów nigdy. Prawa reprodukcyjne należą do podstawowych praw kobiet, a to, co jest raz wywalczone, nie jest dane na zawsze. Jednak świat przedstawiony w “Dietoland” jest dla mnie przerysowany, doprowadzony do absurdu. Z każdej witryny wylewa się seks i każda kobieta jest obiektem seksualnym – ten świat nie istnieje bez seksu, pięknych kobiet przypominających miss, zawsze gotowych do rozmowy i czegoś więcej. Autorka mówi o terroryzmie, jakiego doświadczają kobiety przez cały okres swojego życia:

 

Dziewczynkom od najmłodszych lat wpaja się strach przed „złymi mężczyznami”, którzy mogą nas skrzywdzić. Żyjemy w obawie, że nas zgwałcą, pobiją, nawet zamordują, ale problem w tym, że nie ma sposobu, żeby odróżnić tych złych od tych dobrych, więc trzeba wystrzegać się wszystkich. Powtarza nam się, żebyśmy nie wychodziły same wieczorami, nie ubierały się w taki, czy inny sposób, nie rozmawiały z nieznajomymi, nie prowokowały mężczyzn, okazując im fałszywe zainteresowanie. Chodzimy na zajęcia z samoobrony, chowamy się za zamkniętymi drzwiami, nosimy ze sobą gaz pieprzowy. Od dziecka zaszczepia się w nas strach przed mężczyznami. Czy to nie jest forma terroryzmu? (s. 313)

 

Te słowa rezonują z nami, prawda?

 

I o opresji związanej z ciałem, wyglądem:

 

Przykro nam, Marlowe, ale od kiedy ścięłaś włosy, kobiety nie chcą tobą być, a mężczyźni nie chcą cię ruchać (s.187)

 

Ten cytat też pokazuje coś, o czym często nie chcemy mówić, myśleć itp. W końcu w telewizji są pokazywane głównie te piękne kobiety, rzadko otyłe, z jakimiś wadami itp.

 

Mimo wszystko czuć tu wiele niespójności. Mimo że Plum zmieniła się, to jednak zieje agresją na zewnątrz. Kobieta, którą skrzywdzono, używa takich samych środków jak oprawca i … czuje się z tym dobrze. Autorka chciała chyba “wlać” w tę postać (i w cały gang) tysiącletni żal kobiet, narastający przez lata gniew i atawistyczną chęć obrony swojej godności. Można to porównać do wykonania tej piosenki:

 

 

I jeszcze jeden aspekt: ciałopozytywność (body positivity). W drugiej części książki stale pojawia się to zagadnienie. Oczywiście jestem zwolenniczką szacunku do każdego ciała, niezależnie od tego, jakie ono jest (chude, grube, przeciętne, wytatuowane, blade, ciemnoskóre itd.) Jest jednak dla mnie różnica między szacunkiem do swojego ciała a wpadaniem w bardzo złe nawyki żywieniowe, które szkodzą nie tylko ciału, ale też całemu organizmowi. Ciałopozytywność jest tutaj usprawiedliwieniem dla obżarstwa i lenistwa. Wiem, być może to kontrowersyjny pogląd. Nikomu jeszcze nie zaszkodziło zjedzenie ciasta czy cukru raz na jakiś czas, ale codziennie objadanie się jest całkowitym zachwianiem równowagi organizmu. Według mnie zmiana Plum jest niepełna albo pokazana w niespójny sposób. Można też zaobserwować wykluczające się, skrajne zachowania bohaterów i ukazanie perspektywy jednej strony. Autorka w zasadzie nie pokazała dobrych męskich wzorców. Trochę trudno mi to uwierzyć, że Plum na swojej drodze nie spotkała ani jednego porządnego mężczyzny. Zaryzykuję stwierdzeniem, że autorka dyskryminuje mężczyzn w tej książce.

 

Kto mieczem wojuje…

 

Jest cienka granica między złem i dobrem, między chęcią zaznaczenia własnych praw a agresją. Z drugiej strony temat zdrowia psychicznego i otyłości jest trudny. Straumatyzowane osoby w pewnych sytuacjach przyjmują model postępowania swojego oprawcy. Trudno to jednoznacznie ocenić. I dlatego książka… rodzi pewną wewnętrzną niezgodę. Czy jednak nie jest tak, że bohaterka zyskała drugie życie, w którym sama godzi się mieczem, którym wojuje?

 

* Aleksandra Piłsduska – jedna z pierwszych polskich sufrażystek, działaczka niepodległościowa, służyła w Legionach Polskich, odznaczona Orderem Virtuti Militari, działaczka PPS i POW, druga żona Józefa Piłsudskiego. Dynamit to historia prawdziwa, takie wtedy kobiety były odważne 🙂